środa, 6 listopada 2013

Rozdział 1



Rok 1918. Chicago

Szłam jasną, brukowaną uliczką. Był piękny, lipcowy dzień.
- Stój!- usłyszałam krzyk za plecami. Odwróciłam się. Zmierzał do mnie wysoki, blondwłosy żołnierz z karabinem powieszonym na ramieniu.
-Przepraszam Panienko, ale niebezpiecznie jest chodzić w dzisiejszych czasach po ulicach, nawet za dnia. Dokąd panienka zmierza? Może mógłbym panience potowarzyszyć?
-Idę do szpitala żołnierzu. Jeśli chcecie to nie mam nic przeciwko.
            Skręciliśmy w lewo, przeszliśmy przez wielki plac Zwycięstwa. Obok przemknęła dorożka. Gdy doszliśmy do pięknej białej kamienicy, gdzie mieścił się szpital, mężczyzna skłonił się nisko i szybko się oddalił do swoich obowiązków.
            Weszłam przez ciężkie mahoniowe drzwi do ciemnego holu.
            -Witaj Isabello- przywitała się oddziałowa. Maleńka, poczciwa kobieta z licznymi zmarszczkami pod oczami. Kiedyś musiała być radosna. Teraz już się nie śmiała. Szalała hiszpanka. Większość jej rodziny zmarła, bądź czekała na śmierć w szpitalnych łóżkach.
            -Coś nowego?- Zapytałam. Gdy zobaczyłam, że posmutniała, przeraziłam się- kto odszedł?
            -Edward Masen senior- powiedziała
            -A syn?
            -Jeszcze żyje. Ale nie wiem jak długo-odrzekła
Skierowałam się do sali z pacjentami, po drodze zakładając maseczkę. Podeszłam do łóżka rogu sali tuż pod oknem.
Leżał na nim chłopak, bardzo przystojny młody mężczyzna. Miał wspaniałą kasztanową czuprynę. Popatrzył na mnie swoimi szmaragdowymi oczami. Niegdyś musiały być bardzo piękne. Teraz przygasły z bólu cielesnego wywołanego przez chorobę i cierpienie duchowe po stracie ukochanego ojca. Przyłożyłam mu dłoń do czoła. Był rozpalony. Sięgnęłam po gazę znajdującą się w stalowej misie wypełnionej zimną wodą. Położyłam mu ją na czole.
            -Dziękuję- szepnął. Uśmiechnęłam się do niego, chociaż widział tylko moje oczy.
            - Opowie mi panienka jak dziś wygląda świat? Tak bardzo chciałbym wyjść na zewnątrz.
            -Jest pięknie. Słońce stoi wysoko na niebie. W powietrzu unosi się zapach świeżo skoszonej trawy. Rolnicy zaczęli pierwsze żniwa. Dzieci biegają po placu zwycięstwa puszczając latawce.- opowiadałam. Były to kłamstwa, ale chciałam mu oszczędzić prawdy. Wszyscy zdrowi musieli siedzieć w domach. Na ulicach brakowała żywego ducha, rolnicy owszem zaczęli żniwa, ale zostali do tego zmuszeni przez wszechogarniający głód.
            -Zagra mi panienka Isabella na skrzypcach tak jak wczoraj?
            -Jeśli tylko panicz ma na to ochotę
            -Proszę- szepnął. Wziął mnie za rękę i pocałował w wierzch dłoni.
Wyjęłam zza łóżka futerał i wyciągnęłam z nich skrzypce. Zaczęłam grać dla niego. Ucieszył się. Przymknął oczy, słuchał wpatrzony w sufit, a po piętnastu minutach zapadł w głęboki sen. Odłożyłam skrzypce do pudełka i przyjrzałam się śpiącemu chłopakowi. Pogłaskałam go po twarzy. Wiem, że było to niewłaściwe dla kobiety w moim wieku, ale kochałam go. Leży tu już miesiąc i tyle rozmawialiśmy. Nie chciałam, aby zginął. Chciałam, aby był szczęśliwy.
            Gdybym mogła siedziałabym przy jego łóżku cały dzień, ale musiałam zrobić obchód.
Wróciłam po godzinie. Nadal spał.
            -Aaaa- usłyszałam jęk na łóżku obok. Leżała tam kobieta, Elizabeth Masen. Matka Edwarda.
            -Proszę, podejdź tu do mnie dziecko- szepnęła słabo. Odwróciłam się w jej stronę. Miała te same oczy, co Edward. Były takie piękne.
Wyciągnęła do mnie rękę….-Proszę- podała mi pierścionek, który zdjęła ze swojej dłoni-Oddaj go mojemu synowi. Czuję, że mój czas się zbliża. Powiedz mu, że tak bardzo go kocham. Powiedz mu, żeby walczył. Niech da ten pierścionek kobiecie, która podbije jego serce. Proszę….
Wyciągnęłam trzęsącą się dłoń po to maleńkie cudo. Przyglądnęłam się mu. Był to piękny złoty pierścień ozdobiony owalem maleńkich brylancików połączonych misterną siateczką ze złota. Nigdy nie widziałam piękniejszego. Zaparło mi dech w piersiach. Kobieta jeszcze parę razy jęknęła i zasnęła. Już się nie obudziła. Zmarła po pół godzinie. We śnie. Jej miejsce bardzo szybko zajęła nowa osoba.
            -Gdzie jest moja matka?- Edward się obudził. Jak miałam mu powiedzieć, że odeszła? Że jest zupełnie sam. Zaniepokojony rozglądał się dookoła.
            -Prosiła bym Ci to oddała – ujęłam jego dłoń i położyłam mu na ręce pierścionek. Powtórzyłam mu słowo w słowo, to, o co prosiła mnie jego matka. W oczach zalśniły mu łzy.
            -Czy ja też umrę?- Zapytał grobowym tonem- Wszyscy mi bliscy już nie żyją. Oni zarazili się nieco wcześniej. Czy mnie też to czeka panno Isabello?
            -Nie wiem. Mam nadzieję, że nie. Nie chcę byś odchodził- odpowiedziałam zażenowana swoją szczerością, Nie dość tego również powiedziałam mu na „ty”, co w naszych czasach jest niemile widziane.
            Otworzył oczy i patrzył na mnie dłuższą chwilę….-Jeśli wyzdrowieję, ten pierścionek będzie należał do pani
            -Oh ależ paniczu, matka chciała, żebyś go ofiarował kobiecie, z którą będziesz chciał spędzić życie- zaoponowałam
            -Wiem. Tylko, że źle mnie panienka zrozumiała. Ja już wiem, z kim chciałbym spędzić życie.- Mówiąc to patrzył mi prosto w oczy. Zarumieniłam się…-Oh- tylko tyle byłam w stanie z siebie wykrztusić. Moje uczucie zostało odwzajemnione. Chwycił mnie za rękę i uśmiechnął się nieśmiało.
            -Isabello!- Krzyknęła Kate, moja najlepsza koleżanka z tego szpitala.- Przyjdź tu do mnie jak skończysz obchód.
            -Zaraz przyjdę! –odpowiedziałam
Wstałam i podeszłam do Kate. Obok niej stał żołnierz ubrany w odświętny mundur. W ręku trzymał małą czarną szkatułkę.
            -Isabello, to jest kapitan James Weber. Zostawię was samych.- Przyglądałam się żołnierzowi z niepokojem. Przypuszczałam, co to może znaczyć. Znaleźli mojego brata Michaela.
            -Panno Swan, mam dla Pani wiadomość. Nie znaleziono pani brata Michaela Swana. Został uznany za zmarłego, ponieważ już dwa lata nie daje znaku życia. Nie możemy już go dalej szukać. Mam dla pani na pocieszenie żelazny krzyż za zasługi dla kraju. – Wyrzucił jednym tchem.
            Zasalutował i odszedł zostawiając mnie w stanie szoku. Nogi się pode mną ugięły. Ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam płakać. Odnalazła mnie Kate….-Jeszcze nie wszystko stracone. To, że oni dali za wygraną nie znaczy, że Mike nie żyje.-Próbowała mnie pocieszyć.
            Poprosiłam oddziałową o zwolnienie do domu. Potrzebowałam przemyśleć parę spraw. Zanim wyszłam podeszłam do Edwarda. Usiadłam na jego łóżku i powiedziałam…
            -Muszę na razie wyjść. Przyjdę jutro- ledwo było mnie słychać.
            - Coś się stało?- odgadł
            -Mój brat został uznany za zmarłego- przyznałam
            - Bardzo mi przykro…Isabello- pierwszy raz zwrócił się do mnie po imieniu. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
            -Wrócę jutro. Czekaj tu na mnie. Proszę- Uśmiechnęłam się słabo.
            -Do jutra- pożegnał się i opadł na poduszki.
Wstałam, ubrałam się i wyszłam. Bardzo szybko pobiegłam do domu. Płakałam całą noc. Nazajutrz było już lepiej. Tak, Kate ma racje, to, że został uznany przez wojsko za zmarłego, nie znaczy że się nie odnajdzie. Z maleńką iskierką nadziei ubrałam się i wyszłam do szpitala. Do Edwarda. On był jej głównym źródłem. A przynajmniej na razie. Muszę zrobić wszystko, aby go uratować. Wszystko…
            Po piętnastu minutach byłam już w szpitalu. Kiedy weszłam do środka spostrzegłam, że panuje wyjątkowy ruch.
            -Co się stało?- Zapytałam Kate
            -W nocy był wybuch. Wiele osób jest ciężko rannych. Brakuje nam rąk do pracy i łóżek. Przebierz się szybko i przyjdź mi pomóc- rzuciła
            -Zaraz, tylko sprawdzę, co u Edwarda Masena
            -Polubiłaś go?- Zgadła
            -Tak- nie było sensu udawać. Za dobrze mnie znała.
Szybko się przebrałam i pobiegłam do łóżka Edwarda. Na jego łóżku leżał młody mężczyzna z zakrwawioną głową i poszarpaną lewą nogą….-Proszę pomóż mi- błagał
Nie słuchałam go. Podbiegłam do Kate i zaczęłam ją szarpać…-Gdzie on jest?- wychlipiałam. Byłam bliska obłędu.
Zdziwiła się, a potem zrozumiała….-Isabello- zaczęła- Był taki ruch w nocy. Musiało mu się pogorszyć. Tak mi przykro. Wczoraj twój brat, dziś Twój ulubiony pacjent. Kochana trzeba żyć dalej…- Nie słuchałam jej już. Jak w amoku oparłam się o ścianę, żeby nie upaść. Kate próbowała położyć mi rękę na ramieniu, ale ja nie byłam zbytnio świadoma, że ją odtrąciłam. Podeszłam do łóżka, które wcześniej zajmował miedzianowłosy chłopak. Otworzyłam szafkę obok łóżka. Zobaczyłam tam zdjęcie rodziny. Rodzice trzymający swojego syna na oko 15 letniego w ramionach. Uśmiechnięci, zapewne bardzo szczęśliwa rodzina. Mnie nigdy nie będzie taka dana. Już nigdy nikt nie zadomowi się w moim sercu tak jak on. Wiedziałam już, co muszę zrobić. Miałam plan.
Z obłędem w oczach ruszyłam do pokoju lekarzy gdzie znalazłam to, czego szukałam. Schowałam nóż do kieszeni mojego fartucha. Wyjrzałam zza framugi drzwi, aby nikt mnie tu nie przyłapał. Na korytarzu usłyszałam głosy….-Widziałeś doktora Carlis’a Cullena?....-Nie, zniknął mi z oczu parę godzin temu…” tupot nóg, który nagle ucichł
Dobrze. Nikogo nie było już na korytarzu.
Nie miałam czasu się zastanawiać, gdzie jest doktor Cullen. Chciałam doprowadzić swój okropny plan do końca.
Ukryłam się w ciemnej uliczce za kamienicą, w której mieścił się szpital. Podwinęłam rękawy fartuszka. Usiadłam na bruku i jednym ruchem ręki podcięłam sobie żyły. Potem drugą. Nie miałam już, po co żyć. Dla kogo żyć…Nóż wypadł mi z dłoni. Ręce opadły bezwiednie po bokach. Widziałam jak przez mgłę czerwoną plamę krwi spływającą do kanału ściekowego.
            -Boże, Bello coś Ty najlepszego zrobiła…..- Usłyszałam szept
Wiedziałam, do kogo należy ten głos i kto mnie tak nazywa…- Mike….-szepnęłam

Prolog


Pierwsza miłość jest wieczna. Nigdy nie sądziłam, że to zdanie będzie miało tak dosłowny oddźwięk. Nawet po wielu latach zapomnienia potrafi uderzyć z taką samą siłą jak za pierwszym razem. Nie straszne są jej kłamstwo i złość. Miłość to wszystko wybaczy.
            Miłość to cierpliwość i zaufanie. Wybaczanie małych grzeszków i wielkich przewinień.
Miłość czasem potrafi zostać za kamuflowana. Zasłania się uszczypliwością i wrogością, by po pewnym czasie wyłonić się na powierzchnię i niechęć zastąpić namiętnością.
Taka właśnie jest nasza miłość…