Rok
1918. Chicago
Szłam jasną,
brukowaną uliczką. Był piękny, lipcowy dzień.
- Stój!-
usłyszałam krzyk za plecami. Odwróciłam się. Zmierzał do mnie wysoki,
blondwłosy żołnierz z karabinem powieszonym na ramieniu.
-Przepraszam
Panienko, ale niebezpiecznie jest chodzić w dzisiejszych czasach po ulicach,
nawet za dnia. Dokąd panienka zmierza? Może mógłbym panience potowarzyszyć?
-Idę do szpitala żołnierzu. Jeśli
chcecie to nie mam nic przeciwko.
Skręciliśmy
w lewo, przeszliśmy przez wielki plac Zwycięstwa. Obok przemknęła dorożka. Gdy
doszliśmy do pięknej białej kamienicy, gdzie mieścił się szpital, mężczyzna
skłonił się nisko i szybko się oddalił do swoich obowiązków.
Weszłam
przez ciężkie mahoniowe drzwi do ciemnego holu.
-Witaj
Isabello- przywitała się oddziałowa. Maleńka, poczciwa kobieta z licznymi zmarszczkami
pod oczami. Kiedyś musiała być radosna. Teraz już się nie śmiała. Szalała
hiszpanka. Większość jej rodziny zmarła, bądź czekała na śmierć w szpitalnych
łóżkach.
-Coś
nowego?- Zapytałam. Gdy zobaczyłam, że posmutniała, przeraziłam się- kto
odszedł?
-Edward
Masen senior- powiedziała
-A
syn?
-Jeszcze
żyje. Ale nie wiem jak długo-odrzekła
Skierowałam się
do sali z pacjentami, po drodze zakładając maseczkę. Podeszłam do łóżka rogu
sali tuż pod oknem.
Leżał na nim
chłopak, bardzo przystojny młody mężczyzna. Miał wspaniałą kasztanową czuprynę.
Popatrzył na mnie swoimi szmaragdowymi oczami. Niegdyś musiały być bardzo
piękne. Teraz przygasły z bólu cielesnego wywołanego przez chorobę i cierpienie
duchowe po stracie ukochanego ojca. Przyłożyłam mu dłoń do czoła. Był
rozpalony. Sięgnęłam po gazę znajdującą się w stalowej misie wypełnionej zimną
wodą. Położyłam mu ją na czole.
-Dziękuję-
szepnął. Uśmiechnęłam się do niego, chociaż widział tylko moje oczy.
-
Opowie mi panienka jak dziś wygląda świat? Tak bardzo chciałbym wyjść na
zewnątrz.
-Jest
pięknie. Słońce stoi wysoko na niebie. W powietrzu unosi się zapach świeżo
skoszonej trawy. Rolnicy zaczęli pierwsze żniwa. Dzieci biegają po placu
zwycięstwa puszczając latawce.- opowiadałam. Były to kłamstwa, ale chciałam mu
oszczędzić prawdy. Wszyscy zdrowi musieli siedzieć w domach. Na ulicach
brakowała żywego ducha, rolnicy owszem zaczęli żniwa, ale zostali do tego
zmuszeni przez wszechogarniający głód.
-Zagra
mi panienka Isabella na skrzypcach tak jak wczoraj?
-Jeśli
tylko panicz ma na to ochotę
-Proszę-
szepnął. Wziął mnie za rękę i pocałował w wierzch dłoni.
Wyjęłam zza łóżka futerał i
wyciągnęłam z nich skrzypce. Zaczęłam grać dla niego. Ucieszył się. Przymknął
oczy, słuchał wpatrzony w sufit, a po piętnastu minutach zapadł w głęboki sen.
Odłożyłam skrzypce do pudełka i przyjrzałam się śpiącemu chłopakowi.
Pogłaskałam go po twarzy. Wiem, że było to niewłaściwe dla kobiety w moim
wieku, ale kochałam go. Leży tu już miesiąc i tyle rozmawialiśmy. Nie chciałam,
aby zginął. Chciałam, aby był szczęśliwy.
Gdybym
mogła siedziałabym przy jego łóżku cały dzień, ale musiałam zrobić obchód.
Wróciłam po godzinie. Nadal spał.
-Aaaa-
usłyszałam jęk na łóżku obok. Leżała tam kobieta, Elizabeth Masen. Matka
Edwarda.
-Proszę,
podejdź tu do mnie dziecko- szepnęła słabo. Odwróciłam się w jej stronę. Miała
te same oczy, co Edward. Były takie piękne.
Wyciągnęła do
mnie rękę….-Proszę- podała mi pierścionek, który zdjęła ze swojej dłoni-Oddaj
go mojemu synowi. Czuję, że mój czas się zbliża. Powiedz mu, że tak bardzo go
kocham. Powiedz mu, żeby walczył. Niech da ten pierścionek kobiecie, która
podbije jego serce. Proszę….
Wyciągnęłam
trzęsącą się dłoń po to maleńkie cudo. Przyglądnęłam się mu. Był to piękny
złoty pierścień ozdobiony owalem maleńkich brylancików połączonych misterną
siateczką ze złota. Nigdy nie widziałam piękniejszego. Zaparło mi dech w
piersiach. Kobieta jeszcze parę razy jęknęła i zasnęła. Już się nie obudziła.
Zmarła po pół godzinie. We śnie. Jej miejsce bardzo szybko zajęła nowa osoba.
-Gdzie
jest moja matka?- Edward się obudził. Jak miałam mu powiedzieć, że odeszła? Że
jest zupełnie sam. Zaniepokojony rozglądał się dookoła.
-Prosiła
bym Ci to oddała – ujęłam jego dłoń i położyłam mu na ręce pierścionek.
Powtórzyłam mu słowo w słowo, to, o co prosiła mnie jego matka. W oczach
zalśniły mu łzy.
-Czy
ja też umrę?- Zapytał grobowym tonem- Wszyscy mi bliscy już nie żyją. Oni
zarazili się nieco wcześniej. Czy mnie też to czeka panno Isabello?
-Nie
wiem. Mam nadzieję, że nie. Nie chcę byś odchodził- odpowiedziałam zażenowana
swoją szczerością, Nie dość tego również powiedziałam mu na „ty”, co w naszych
czasach jest niemile widziane.
Otworzył
oczy i patrzył na mnie dłuższą chwilę….-Jeśli wyzdrowieję, ten pierścionek
będzie należał do pani
-Oh
ależ paniczu, matka chciała, żebyś go ofiarował kobiecie, z którą będziesz
chciał spędzić życie- zaoponowałam
-Wiem.
Tylko, że źle mnie panienka zrozumiała. Ja już wiem, z kim chciałbym spędzić życie.- Mówiąc to patrzył mi prosto w oczy. Zarumieniłam się…-Oh- tylko tyle
byłam w stanie z siebie wykrztusić. Moje uczucie zostało odwzajemnione. Chwycił
mnie za rękę i uśmiechnął się nieśmiało.
-Isabello!-
Krzyknęła Kate, moja najlepsza koleżanka z tego szpitala.- Przyjdź tu do mnie
jak skończysz obchód.
-Zaraz
przyjdę! –odpowiedziałam
Wstałam i podeszłam do Kate. Obok
niej stał żołnierz ubrany w odświętny mundur. W ręku trzymał małą czarną
szkatułkę.
-Isabello,
to jest kapitan James Weber. Zostawię was samych.- Przyglądałam się żołnierzowi
z niepokojem. Przypuszczałam, co to może znaczyć. Znaleźli mojego brata
Michaela.
-Panno
Swan, mam dla Pani wiadomość. Nie znaleziono pani brata Michaela Swana. Został
uznany za zmarłego, ponieważ już dwa lata nie daje znaku życia. Nie możemy już
go dalej szukać. Mam dla pani na pocieszenie żelazny krzyż za zasługi dla
kraju. – Wyrzucił jednym tchem.
Zasalutował
i odszedł zostawiając mnie w stanie szoku. Nogi się pode mną ugięły. Ukryłam
twarz w dłoniach i zaczęłam płakać. Odnalazła mnie Kate….-Jeszcze nie wszystko
stracone. To, że oni dali za wygraną nie znaczy, że Mike nie żyje.-Próbowała
mnie pocieszyć.
Poprosiłam
oddziałową o zwolnienie do domu. Potrzebowałam przemyśleć parę spraw. Zanim
wyszłam podeszłam do Edwarda. Usiadłam na jego łóżku i powiedziałam…
-Muszę
na razie wyjść. Przyjdę jutro- ledwo było mnie słychać.
-
Coś się stało?- odgadł
-Mój
brat został uznany za zmarłego- przyznałam
-
Bardzo mi przykro…Isabello- pierwszy raz zwrócił się do mnie po imieniu. Nie wiedziałam,
co powiedzieć.
-Wrócę
jutro. Czekaj tu na mnie. Proszę- Uśmiechnęłam się słabo.
-Do
jutra- pożegnał się i opadł na poduszki.
Wstałam, ubrałam się i wyszłam.
Bardzo szybko pobiegłam do domu. Płakałam całą noc. Nazajutrz było już lepiej.
Tak, Kate ma racje, to, że został uznany przez wojsko za zmarłego, nie znaczy
że się nie odnajdzie. Z maleńką iskierką nadziei ubrałam się i wyszłam do
szpitala. Do Edwarda. On był jej głównym źródłem. A przynajmniej na razie.
Muszę zrobić wszystko, aby go uratować. Wszystko…
Po
piętnastu minutach byłam już w szpitalu. Kiedy weszłam do środka spostrzegłam,
że panuje wyjątkowy ruch.
-Co
się stało?- Zapytałam Kate
-W
nocy był wybuch. Wiele osób jest ciężko rannych. Brakuje nam rąk do pracy i
łóżek. Przebierz się szybko i przyjdź mi pomóc- rzuciła
-Zaraz,
tylko sprawdzę, co u Edwarda Masena
-Polubiłaś
go?- Zgadła
-Tak-
nie było sensu udawać. Za dobrze mnie znała.
Szybko się
przebrałam i pobiegłam do łóżka Edwarda. Na jego łóżku leżał młody mężczyzna z
zakrwawioną głową i poszarpaną lewą nogą….-Proszę pomóż mi- błagał
Nie słuchałam go. Podbiegłam do
Kate i zaczęłam ją szarpać…-Gdzie on jest?- wychlipiałam. Byłam bliska obłędu.
Zdziwiła się, a
potem zrozumiała….-Isabello- zaczęła- Był taki ruch w nocy. Musiało mu się
pogorszyć. Tak mi przykro. Wczoraj twój brat, dziś Twój ulubiony pacjent.
Kochana trzeba żyć dalej…- Nie słuchałam jej już. Jak w amoku oparłam się o
ścianę, żeby nie upaść. Kate próbowała położyć mi rękę na ramieniu, ale ja nie
byłam zbytnio świadoma, że ją odtrąciłam. Podeszłam do łóżka, które wcześniej
zajmował miedzianowłosy chłopak. Otworzyłam szafkę obok łóżka. Zobaczyłam tam
zdjęcie rodziny. Rodzice trzymający swojego syna na oko 15 letniego w
ramionach. Uśmiechnięci, zapewne bardzo szczęśliwa rodzina. Mnie nigdy nie
będzie taka dana. Już nigdy nikt nie zadomowi się w moim sercu tak jak on.
Wiedziałam już, co muszę zrobić. Miałam plan.
Z obłędem w
oczach ruszyłam do pokoju lekarzy gdzie znalazłam to, czego szukałam. Schowałam
nóż do kieszeni mojego fartucha. Wyjrzałam zza framugi drzwi, aby nikt mnie tu
nie przyłapał. Na korytarzu usłyszałam głosy….-Widziałeś doktora Carlis’a
Cullena?....-Nie, zniknął mi z oczu parę godzin temu…” tupot nóg, który nagle
ucichł
Dobrze. Nikogo
nie było już na korytarzu.
Nie miałam czasu
się zastanawiać, gdzie jest doktor Cullen. Chciałam doprowadzić swój okropny
plan do końca.
Ukryłam się w
ciemnej uliczce za kamienicą, w której mieścił się szpital. Podwinęłam rękawy
fartuszka. Usiadłam na bruku i jednym ruchem ręki podcięłam sobie żyły. Potem
drugą. Nie miałam już, po co żyć. Dla kogo żyć…Nóż wypadł mi z dłoni. Ręce
opadły bezwiednie po bokach. Widziałam jak przez mgłę czerwoną plamę krwi
spływającą do kanału ściekowego.
-Boże,
Bello coś Ty najlepszego zrobiła…..- Usłyszałam szept
Wiedziałam, do kogo należy ten głos
i kto mnie tak nazywa…- Mike….-szepnęłam